Wtedy jeszcze nieomal na każdej stacji istniało takie miejsce. Klucz do niego miał zawiadowca, albo dyżurny ruchu, ten bowiem zawsze był na stacji. Na jednej z małych stacji, dyżurnym był mój dziadek. W małej drewnianej kasetce obok futryny drzwi, w którą był wbity gwoździk do wieszania grzałki, wisiały wszystkie stacyjne klucze. Były tam klucze od biur: od biura zawiadowcy, w którym mógłby choćby jakiś polski dyżurny stawiać stemple kolejowe na pupie polskiej kasjerki, do biura odpraw towarowych, do kasy biletowej, kasy bagażowej, magazynu, kanciapy Tackowiaka i wreszcie do biura rzeczy znalezionych. Biura, w którym nie urzędowali ludzie, ale kurz, robak, i zatęchły zapach starych rzeczy. Ludzie zaglądali tu tylko czasem. Gdy ktoś coś zostawił, albo gdy ktoś chciał tu coś odnaleźć. Wtedy jeszcze ludzie myśleli, że rzeczy same w sobie mogą istnieć, istnieć same dla siebie. Dziś rzeczy nie istnieją jako takie, zawsze mają właścicieli, mogą ich tylko szybko zmieniać. Wtedy jeszcze nieomal na każdej stacji istniało takie miejsce i można było w nich znaleźć wiele interesujących przedmiotów, a nawet uczuć.
Odnaleźć zgubione uczucie w biurze rzeczy znalezionych…