Środa, środa, a po środzie czwartek
Jutro zamieszkamy w nowych domach. Zimne kraje, przymrozki, rankiem szron na zielonej jeszcze trawie. Jeszcze tylko wypijemy kawę. Zamkniemy drzwi. I… Nie będziemy zabierać już sobie po kawałku jesieni.
Środa, środa, a po środzie czwartek
Jutro zamieszkamy w nowych domach. Zimne kraje, przymrozki, rankiem szron na zielonej jeszcze trawie. Jeszcze tylko wypijemy kawę. Zamkniemy drzwi. I… Nie będziemy zabierać już sobie po kawałku jesieni.
Piątek przed czwartkiem
Jutro zamieszkamy w nowym domu. To będą takie nasze zimne kraje. W nich będziemy uciekać do siebie, przyciskać jedno drugie żeby poczuć ciepło. Będziemy pić wódkę, będziemy robić sobie kawę, będziemy zamykać się na klucz, licząc że naszych gwałtownych ruchów nie słychać w kuchni za ścianą. Będziemy się bali patrząc sobie w oczy.
Nazywał się Garbaty Wacek. Jak ja go widziałem, to był już stary i pomarszczony jak pysk buldoga. Zbierał puszki i popychał przed sobą dziecinny wózek, na który ładował te wszystkie kole, tajgery i browary. Kiedyś było inaczej. Kiedyś było lepiej. Garbaty Wacek miał konia i furę miał, miał pieniądze, młody był, miał siłę, słowem miał interes. A interes był taki. Fura miała cztery koła, koń nogi cztery, Wacek zgrabne palce do liczenia czerwonych stówek, a później, to i szarych koperników. Jechał tym swoim kramem, pieski szczekały, a Wacek wył ile miał sił tym swoim przepitym głosem „szmaty! szmaty! butelki! dawaaaj! daawaaajj!”. Jak z obejścia wylatywała baba, to wiadomo szmaty. Jak chłop – butelki. Nie to, żeby jakaś nierówność. Równość klasowa panowała jak okiem sięgnąć. Po prostu wtedy, babie butelki, to by żaden chłop do ręki nie dał. Chłopy piły, chłopy zbierały, sprzedawały, kupowały, piły i tak od nowa, i tak w kółko. Ja tam nie wiem, ale mówiły – te chłopy – że to były piękne czasy. Piło się za to, co się wypiło. Tak więc Garbaty Wacek miał skup na kółkach i ten cały swój burdel ciągał od wsi do wsi i zbierał aż kupka urosła. A jak już wóz z górką załadował, to jechał do Ziębic i tym swoim skupem się do skupu zwracał. Co tu dużo mówić, Garbaty Wacek to był szmaciarz, choć nikt o nim tak nie mówił. O Garbatym Wacku mówiło się firma, albo wóz. Jak firma będzie, to kapusty przybędzie. Jak się wóz zjawi, to się flaszki spławi. Tak to chłopy w knajpie żartowały.